Na pierwszej linii frontu

Pierwsza linia frontu – to wyrażenie często pojawiało się w przestrzeni publicznej  w 2020 roku, a to za sprawą walki z pandemią koronawirusa. Nieznany wcześniej wirus Covid 19 zaatakował najpierw Chiny, prowincję Wuhan, skąd rozprzestrzenił się bardzo szybko na cały świat i ogarnął miliony ludzi na wszystkich kontynentach, zbierając śmiertelne żniwo. Świat stanął do walki z niewidzialnym wrogiem, który całkowicie sparaliżował życie w wielu krajach, zamykając ludzi w domach, na kwarantannie i w szpitalach, jeśli były jeszcze wolne miejsca. Na pierwszej linii frontu były nie samoloty bojowe, czołgi czy jakiś inny sprzęt wojskowy, ale lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, laboranci…, a dalej: władze państwowe, służby mundurowe, gospodarka i tysiące wolontariuszy, ludzi dobrej woli, którzy przemogli lęk, strach, obawę przez zakażeniem czy śmiercią i poszli wspierać tych, którzy tej pomocy najbardziej potrzebowali: chorych na koronawirusa.

Wśród nich były siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, najpierw z klasztoru w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Gdy napłynęła prośba o pomoc, były gotowe, aby podjąć to wyzwanie, bo wcześniej w głębi serca rozważały taką decyzję. Czekały tylko, czy i kiedy Jezus głosem przełożonych zaprosi je na pierwszą linię frontu. Wołanie o pomoc przyszło zaraz po świętach Wielkanocnych z Domu Pomocy Społecznej w Kaliszu. W połowie kwietnia, w czasie nowenny przed świętem Miłosierdzia, gdy w łagiewnickim Sanktuarium, jak w innych miejscach kultu, w nabożeństwach mogło uczestniczyć tylko 5 osób, a ludzie – przestrzegając zasad obowiązujących w czasie epidemii –  pozamykani byli w domach z obawy przed zarażeniem, wyjechały do Kalisza: s. Eneasza, s. Sancja i s. Zacheusza.

Po przyjeździe do DPS-u – relacjonuje s. Eneasza – na drugi dzień z samego rana włączyłyśmy się w życie tego domu, wykonując wszystkie potrzebne czynności. Pensjonariusze w dużej części zakażeni koronawirusem oraz okrojony w liczbie i przemęczony personel przyjęli nas z wdzięcznością i ze łzami w oczach… Byłyśmy – jak się okazało – pierwszymi wolontariuszkami, które odpowiedziały na apel o pomoc. Strach w oczach, lęk, obawa, brak poczucia bezpieczeństwa, samotność i bezradność ogarniała tu wszystkich w obliczu tego tajemniczego i niewidocznego wroga, jakim jest koronawirus. Każdego dnia staramy się wnosić w życie podopiecznych optymizm, dobre słowo, potrzebny gest życzliwości, wzbudzać ufność w obecność i działanie miłosiernego Boga, który jest z nami w tym, co nas spotyka…, a przede wszystkim nieść pokój i nadzieję. Zachęcamy do ufności, bo Bóg jest większy od niewidzialnego wroga i z Nim wygramy tę wojnę z wirusem.

Pali się w nas pragnienie – mówi s. Zacheusza – by nieść orędzie Miłosierdzia na ostatnim już etapie życia tych ludzi, bowiem wszyscy są posunięci w latach. Towarzyszymy im modlitwą także przy pielęgnacji. Gdy widzimy, powykręcane, często bezwładne ciała, to czujemy się jak na Golgocie. W tych ludziach dotykamy cierpiącego Chrystusa, to dla nas wielki zaszczyt. W odpowiedzi słyszymy to jedno wyszeptane z trudem słowo: Dzię – ku – ję. Z osobami, które są bardziej sprawne, staramy się rozmawiać o tych pięknych i dobrych wydarzeniach z ich długiego życia, by rozbudzać wdzięczność. Czasem proponujemy jakąś grę planszową, przyśpiewki, żarty, by choć na chwilę odciągnąć ich od skupienia się na niepewności i lęku.

Panie z personelu, bardzo oddane swoim podopiecznym, lecz utrudzone, przemęczone, oddzielone od swoich rodzin, dzieci… pytały siostry: Skąd wy macie codziennie tę siłę i radość? Odpowiadały: Od Jezusa, z codziennej Eucharystii, adoracji Najświętszego Sakramentu, modlitwy osobistej, ale także modlitwy sióstr i Kościoła, który nieustannie wspierał na zapleczu tych, co walczyli na pierwszej linii frontu, upraszając potrzebne siły i łaski. (…)

Miłosierdzie świadczone jest nie tylko dobrodziejstwem dla tych, którym okazywana jest pomoc, ale także dla „świata”. To świadectwo o Jezusie Miłosiernym, Kościele, życiu konsekrowanym jest wstrząsające i nawracające – napisał do s. Zacheuszy w smsie pewien kapłan. Historia się powtarza – komentował na Facebooku to wydarzenie Sławek – tam, gdzie boją się ludzie o własne życie, przychodzą zakonnice ze świadectwem wiary w życie wieczne i z tym przekonaniem, że miłość jest ponad wszystkim.  Pod tym samym postem Celina napisała taki komentarz: Siostry zawsze gotowe do pomocy. Nie demonstrują, nie krytykują, jak trzeba – są pierwsze do pomocy bliźniemu. Ciche o wielkich sercach. Historia sióstr, które – bez specjalnego przygotowania, na co dzień pełniące różne obowiązki, niewiele albo częściej nic nie mające wspólnego z pielęgnacją chorych – poszły „z marszu” na pierwszą linię frontu, poruszyła wiele serc, nie tylko wzbudzając szacunek, wdzięczność a nawet podziw, ale także kształtując w nich wyobraźnię miłosierdzia, odwagę w wyzwalaniu się z egoizmu, wygody i strachu. W tych tygodniach i miesiącach to, co zwykle ukryte – małe, proste, codziennie akty miłosierdzia – nabrały właściwej rangi i wartości w świadomości wielu ludzi. (…)

s. M. Elżbieta Siepak ZMBM

———————

Pełny tekst: „Orędzie Miłosierdzia 2020/4, nr 116.